27 marca 2011

26 marca 2011

                           Powietrze tu zupełnie przezroczyste
    w najgłębszej dali jakby lawendowe
    nie, nie mgła
               nie mgła!
                            - jawne na przestrzał:
    fioletowawy lekki przejrzysty kolor.
    Osobno widzi się każdziutki
                                      szlifowany ostro
                                                              kryształ gór
    osobno - kolejne wyiskrzone ich pasma
    te ostatnie jak usypane z grudek soli
    lub błyszczącego cukru.
    Tuż za plecami - jezioro z białą wyspą.
    Po lśniącym lustrze wody
    sunie zawsze łódka z prześwietlonym żaglem
    trójkątny żagielek prześwituje różowo
    jak palce przyłożone do żarówki
    i zawsze wisi nad nim mały putto:
                                         pucołowata lekka chmurka.
                            Na szafirowo-szarym tle jeziora -
    jasny, obrysowany słońcem dom na wzgórzu
                                         w którym mieszkam.
    Bardzo go lubię, a szczególnie lubię kuchnię
    ma szklistoperłowe opalizujące kafle
                                      godzinami mogę w nie patrzeć
    albo we wodę mrugającą w potrąconym wiadrze
                            w której widuje się na raz wszystkie zobaczone...
                                      to znaczy... zo ba czo ne...
       kiedyś zobaczone i zapamiętane rzeczy.
    Bardzo też lubię w naszej kuchni
    białe mleko wyciskane z biało-turkusowej folii
    jego srebrzystą strugę tryskającą w garnek
    potem - tęczujące drobne perełki
    których wciąż i wciąż
                               wciąż przybywa, gdy mleko się gotuje.
                            Budzi mnie rano pierwsze jasno dnia
    (nigdy w nocy nie zasłaniam okien)
    tą ciemniejszą połową jeszcze jestem we śnie
    choć widzę już świat - jego nową różową obecność
    raźne cieliste świtanie przez zamknięte powieki.
    Co dnia ten sam zawsze nowy dramat
    kiedy je otwieram:
    nagłe rozcięcie zasłony
                                      - nieodparta jawność.
    Chwytam ubranie leżące przy łóżku
    zbiegam między darnią po żwirowej ścieżce
    kamienną ostrogą wbiegam w jezioro
    skaczę -
                                  - i miękko przebijam sobą masyw gór
                            iskrzący cukier błyski soli.
    Na mokre ciało wdziewam bluzkę majtki spodnie
    i gumowymi podeszwami klapek
    zsuwam się do malutkiej mleczarni w dole
    ostrożnie stąpam po nawisłych skałkach
        poprzerastanych iskrami miki
               pożłobionych szmaragdowymi pasemkami mchu.
    W już wielkiej mleczarni biorę mleko
    kupuję księżycowe masło i księżycowy ser
    (takie �od wewnątrz złotawe�
    co niesłusznie nazywają złotym)
    w seledynowym sklepie spożywczym
    wybieram cztery połyskliwe
    i dwie chropawe ogorzałe bułki

    (znowu nie złote!
                                      - jestem po dwakroć oszczędna
                           &nbspzłotem szafuję niechętnie)

    wracam wzdłuż rozbryzgującego strumienia
    między poskręcanymi strużkami wody
    kamienną kotliną pnę się w górę
    tam gdzie rośnie coraz wyższa i jaśniejsza
    przeszklona weranda
    aż ją mam ogromną spiętrzoną nade mną.
    W kuchni smaruję bułki masłem
    (tamte połyskliwe są dla babki
    i mojego braciszka który zawsze jest przy mnie)
    potem - sprężysta rozpryskująca się struga
                                     
                                                              z nadciętego worka
    wreszcie
               - rojące się
                            coraz drobniejsze
                                      niezliczone pęcherzyki mleka

    (światło barw
               - osobne osobliwe światła każdej z barw!)

    czyli to co po dwakroć
                            po czterykroć
                                      każdego dnia lubię widzieć najnajbardziej.
                                 Opalizujące. Schnące po brzegach.
    I znowu rojące się, kipiące.
    Tęczujące niebieskawolila...
                                      zielonawoniebiesko...
                                                     różowawo...
                                                                     różowo.
    Zawisające nad ogniem.
    Wielkimi lepkimi gronami
    kapiące na kotlinę.



Powietrze tu zupełnie przezroczyste, A. Falkiewicz

23 marca 2011

21 marca 2011

Sztuczność bije z wielu stron,
tych poprzecznych i podłużnych,
niczym jak w tunelu, bez wyjścia.

Miny, gesty, słowa wychodzą z ram,
jak postaci bez siły przebicia,
straszą swoją obojętnością.

Szukaj czegoś głębiej mówisz,
poza tunelami i postaciami.
Szukaj ukrytego umysłu, który tym rządzi,

każdego dnia.

19 marca 2011

16 marca 2011



















 


Dzisiaj kolejny talent, Mariusz Janiszewski.
Więcej o nim samym jak i jego fotografiach:
http://www.nikon.pl/pl_PL/pro/Galerie/Galeria_NPS/2009/Mariusz_Janiszewski.page?