Na ten wiosenny czas.
Mroźnym szeptem rzuca słowa na wiatr, liście lecą z drzew.. Pierwszy przymrozek, a czas nagli, ucieka.
29 marca 2011
26 marca 2011
Powietrze tu zupełnie przezroczyste
w najgłębszej dali jakby lawendowe
nie, nie mgła
nie mgła!
- jawne na przestrzał:
fioletowawy lekki przejrzysty kolor.
Osobno widzi się każdziutki
szlifowany ostro
kryształ gór
osobno - kolejne wyiskrzone ich pasma
te ostatnie jak usypane z grudek soli
lub błyszczącego cukru.
Tuż za plecami - jezioro z białą wyspą.
Po lśniącym lustrze wody
sunie zawsze łódka z prześwietlonym żaglem
trójkątny żagielek prześwituje różowo
jak palce przyłożone do żarówki
i zawsze wisi nad nim mały putto:
pucołowata lekka chmurka.
Na szafirowo-szarym tle jeziora -
jasny, obrysowany słońcem dom na wzgórzu
w którym mieszkam.
Bardzo go lubię, a szczególnie lubię kuchnię
ma szklistoperłowe opalizujące kafle
godzinami mogę w nie patrzeć
albo we wodę mrugającą w potrąconym wiadrze
w której widuje się na raz wszystkie zobaczone...
to znaczy... zo ba czo ne...
kiedyś zobaczone i zapamiętane rzeczy.
Bardzo też lubię w naszej kuchni
białe mleko wyciskane z biało-turkusowej folii
jego srebrzystą strugę tryskającą w garnek
potem - tęczujące drobne perełki
których wciąż i wciąż
wciąż przybywa, gdy mleko się gotuje.
Budzi mnie rano pierwsze jasno dnia
(nigdy w nocy nie zasłaniam okien)
tą ciemniejszą połową jeszcze jestem we śnie
choć widzę już świat - jego nową różową obecność
raźne cieliste świtanie przez zamknięte powieki.
Co dnia ten sam zawsze nowy dramat
kiedy je otwieram:
nagłe rozcięcie zasłony
- nieodparta jawność.
Chwytam ubranie leżące przy łóżku
zbiegam między darnią po żwirowej ścieżce
kamienną ostrogą wbiegam w jezioro
skaczę -
- i miękko przebijam sobą masyw gór
iskrzący cukier błyski soli.
Na mokre ciało wdziewam bluzkę majtki spodnie
i gumowymi podeszwami klapek
zsuwam się do malutkiej mleczarni w dole
ostrożnie stąpam po nawisłych skałkach
poprzerastanych iskrami miki
pożłobionych szmaragdowymi pasemkami mchu.
W już wielkiej mleczarni biorę mleko
kupuję księżycowe masło i księżycowy ser
(takie �od wewnątrz złotawe�
co niesłusznie nazywają złotym)
w seledynowym sklepie spożywczym
wybieram cztery połyskliwe
i dwie chropawe ogorzałe bułki
(znowu nie złote!
- jestem po dwakroć oszczędna
 złotem szafuję niechętnie)
wracam wzdłuż rozbryzgującego strumienia
między poskręcanymi strużkami wody
kamienną kotliną pnę się w górę
tam gdzie rośnie coraz wyższa i jaśniejsza
przeszklona weranda
aż ją mam ogromną spiętrzoną nade mną.
W kuchni smaruję bułki masłem
(tamte połyskliwe są dla babki
i mojego braciszka który zawsze jest przy mnie)
potem - sprężysta rozpryskująca się struga
z nadciętego worka
wreszcie
- rojące się
coraz drobniejsze
niezliczone pęcherzyki mleka
(światło barw
- osobne osobliwe światła każdej z barw!)
czyli to co po dwakroć
po czterykroć
każdego dnia lubię widzieć najnajbardziej.
Opalizujące. Schnące po brzegach.
I znowu rojące się, kipiące.
Tęczujące niebieskawolila...
zielonawoniebiesko...
różowawo...
różowo.
Zawisające nad ogniem.
Wielkimi lepkimi gronami
kapiące na kotlinę.
Powietrze tu zupełnie przezroczyste, A. Falkiewicz
w najgłębszej dali jakby lawendowe
nie, nie mgła
nie mgła!
- jawne na przestrzał:
fioletowawy lekki przejrzysty kolor.
Osobno widzi się każdziutki
szlifowany ostro
kryształ gór
osobno - kolejne wyiskrzone ich pasma
te ostatnie jak usypane z grudek soli
lub błyszczącego cukru.
Tuż za plecami - jezioro z białą wyspą.
Po lśniącym lustrze wody
sunie zawsze łódka z prześwietlonym żaglem
trójkątny żagielek prześwituje różowo
jak palce przyłożone do żarówki
i zawsze wisi nad nim mały putto:
pucołowata lekka chmurka.
Na szafirowo-szarym tle jeziora -
jasny, obrysowany słońcem dom na wzgórzu
w którym mieszkam.
Bardzo go lubię, a szczególnie lubię kuchnię
ma szklistoperłowe opalizujące kafle
godzinami mogę w nie patrzeć
albo we wodę mrugającą w potrąconym wiadrze
w której widuje się na raz wszystkie zobaczone...
to znaczy... zo ba czo ne...
kiedyś zobaczone i zapamiętane rzeczy.
Bardzo też lubię w naszej kuchni
białe mleko wyciskane z biało-turkusowej folii
jego srebrzystą strugę tryskającą w garnek
potem - tęczujące drobne perełki
których wciąż i wciąż
wciąż przybywa, gdy mleko się gotuje.
Budzi mnie rano pierwsze jasno dnia
(nigdy w nocy nie zasłaniam okien)
tą ciemniejszą połową jeszcze jestem we śnie
choć widzę już świat - jego nową różową obecność
raźne cieliste świtanie przez zamknięte powieki.
Co dnia ten sam zawsze nowy dramat
kiedy je otwieram:
nagłe rozcięcie zasłony
- nieodparta jawność.
Chwytam ubranie leżące przy łóżku
zbiegam między darnią po żwirowej ścieżce
kamienną ostrogą wbiegam w jezioro
skaczę -
- i miękko przebijam sobą masyw gór
iskrzący cukier błyski soli.
Na mokre ciało wdziewam bluzkę majtki spodnie
i gumowymi podeszwami klapek
zsuwam się do malutkiej mleczarni w dole
ostrożnie stąpam po nawisłych skałkach
poprzerastanych iskrami miki
pożłobionych szmaragdowymi pasemkami mchu.
W już wielkiej mleczarni biorę mleko
kupuję księżycowe masło i księżycowy ser
(takie �od wewnątrz złotawe�
co niesłusznie nazywają złotym)
w seledynowym sklepie spożywczym
wybieram cztery połyskliwe
i dwie chropawe ogorzałe bułki
(znowu nie złote!
- jestem po dwakroć oszczędna
 złotem szafuję niechętnie)
wracam wzdłuż rozbryzgującego strumienia
między poskręcanymi strużkami wody
kamienną kotliną pnę się w górę
tam gdzie rośnie coraz wyższa i jaśniejsza
przeszklona weranda
aż ją mam ogromną spiętrzoną nade mną.
W kuchni smaruję bułki masłem
(tamte połyskliwe są dla babki
i mojego braciszka który zawsze jest przy mnie)
potem - sprężysta rozpryskująca się struga
z nadciętego worka
wreszcie
- rojące się
coraz drobniejsze
niezliczone pęcherzyki mleka
(światło barw
- osobne osobliwe światła każdej z barw!)
czyli to co po dwakroć
po czterykroć
każdego dnia lubię widzieć najnajbardziej.
Opalizujące. Schnące po brzegach.
I znowu rojące się, kipiące.
Tęczujące niebieskawolila...
zielonawoniebiesko...
różowawo...
różowo.
Zawisające nad ogniem.
Wielkimi lepkimi gronami
kapiące na kotlinę.
Powietrze tu zupełnie przezroczyste, A. Falkiewicz
21 marca 2011
Sztuczność bije z wielu stron,
tych poprzecznych i podłużnych,
niczym jak w tunelu, bez wyjścia.
Miny, gesty, słowa wychodzą z ram,
jak postaci bez siły przebicia,
straszą swoją obojętnością.
Szukaj czegoś głębiej mówisz,
poza tunelami i postaciami.
Szukaj ukrytego umysłu, który tym rządzi,
każdego dnia.
tych poprzecznych i podłużnych,
niczym jak w tunelu, bez wyjścia.
Miny, gesty, słowa wychodzą z ram,
jak postaci bez siły przebicia,
straszą swoją obojętnością.
Szukaj czegoś głębiej mówisz,
poza tunelami i postaciami.
Szukaj ukrytego umysłu, który tym rządzi,
każdego dnia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

