3 kwietnia 2011
















Dzisiaj kolejny sprawdzony przeze mnie przepis.
Powodem były 70-te urodziny Babci Heleny.

Nazwę ten "okaz" truskawkowym tortem.

I część to biszkopt
Składniki:
8 jaj
1 szklanka cukru
1 i pół szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Białka ubijamy z cukrem, następnie dodajemy po jednym żółtku,
nadal ubijając. Na sam koniec dodajemy mąkę z proszkiem do pieczenia.
Lekko wymieszać. Wylać na blachę i piec w temperaturze 180 stopni,
około pół godziny.

II część to sernik
Składniki:
6 jaj
pół kg zmielonego sera
20 dag cukru
1 budyń śmietankowy
15 dag margaryny

Margarynę ucieramy z cukrem, stopniowo dodajemy po jednym żółtku,
później dodajemy ser z budyniem (w formie proszku). Z białek ubijamy
sztywną pianę (dodajemy do niej szczyptę soli). Piec ciasto w temperaturze
180 stopni około 45 minut.


III część to masa truskawkowa
Składniki:
1 kg truskawek (mogą być mrożone lub już zrobione na mus)
2 łyżki cukru
3 galaretki truskawkowe.

Jeśli są to truskawki sezonowe lub mrożone, kroimy je w ćwiartki.
Wkładamy je do garnka, ogrzewamy i dodajemy cukier. Pod koniec wsypujemy
galaretki. Wszystko dokładnie mieszamy i zagotowujemy. Odstawiamy do lekkiego
stężenia.

IV część to masa budyniowa
Składniki:
2 budynie waniliowe
pół litra mleka
1 cukier waniliowy
25 dag margaryny lub masła
5 łyżek cukru

Na mleku wraz z cukrem gotujemy budyń. W misce ucieramy masło/margarynę
i ostudzony budyń dodajemy stopniowo (po łyżce).

Oczywiście wszystko łączymy, kolejno:
biszkopt dzielimy na dwie części (lub pieczemy je osobno dzieląc na pół poszczególne
wypisane składniki), pierwsza część idzie na dół, później połowa masy budyniowej,
na nią całe ciasto serowe, potem druga połowa masy budyniowej, następnie prawie
tężejąca galaretka z truskawkami i na samą górę biszkopt jasny.
Ciasto można polać polewą czekoladową i posypać wiórkami kokosowymi.

Smacznego!

27 marca 2011

26 marca 2011

                           Powietrze tu zupełnie przezroczyste
    w najgłębszej dali jakby lawendowe
    nie, nie mgła
               nie mgła!
                            - jawne na przestrzał:
    fioletowawy lekki przejrzysty kolor.
    Osobno widzi się każdziutki
                                      szlifowany ostro
                                                              kryształ gór
    osobno - kolejne wyiskrzone ich pasma
    te ostatnie jak usypane z grudek soli
    lub błyszczącego cukru.
    Tuż za plecami - jezioro z białą wyspą.
    Po lśniącym lustrze wody
    sunie zawsze łódka z prześwietlonym żaglem
    trójkątny żagielek prześwituje różowo
    jak palce przyłożone do żarówki
    i zawsze wisi nad nim mały putto:
                                         pucołowata lekka chmurka.
                            Na szafirowo-szarym tle jeziora -
    jasny, obrysowany słońcem dom na wzgórzu
                                         w którym mieszkam.
    Bardzo go lubię, a szczególnie lubię kuchnię
    ma szklistoperłowe opalizujące kafle
                                      godzinami mogę w nie patrzeć
    albo we wodę mrugającą w potrąconym wiadrze
                            w której widuje się na raz wszystkie zobaczone...
                                      to znaczy... zo ba czo ne...
       kiedyś zobaczone i zapamiętane rzeczy.
    Bardzo też lubię w naszej kuchni
    białe mleko wyciskane z biało-turkusowej folii
    jego srebrzystą strugę tryskającą w garnek
    potem - tęczujące drobne perełki
    których wciąż i wciąż
                               wciąż przybywa, gdy mleko się gotuje.
                            Budzi mnie rano pierwsze jasno dnia
    (nigdy w nocy nie zasłaniam okien)
    tą ciemniejszą połową jeszcze jestem we śnie
    choć widzę już świat - jego nową różową obecność
    raźne cieliste świtanie przez zamknięte powieki.
    Co dnia ten sam zawsze nowy dramat
    kiedy je otwieram:
    nagłe rozcięcie zasłony
                                      - nieodparta jawność.
    Chwytam ubranie leżące przy łóżku
    zbiegam między darnią po żwirowej ścieżce
    kamienną ostrogą wbiegam w jezioro
    skaczę -
                                  - i miękko przebijam sobą masyw gór
                            iskrzący cukier błyski soli.
    Na mokre ciało wdziewam bluzkę majtki spodnie
    i gumowymi podeszwami klapek
    zsuwam się do malutkiej mleczarni w dole
    ostrożnie stąpam po nawisłych skałkach
        poprzerastanych iskrami miki
               pożłobionych szmaragdowymi pasemkami mchu.
    W już wielkiej mleczarni biorę mleko
    kupuję księżycowe masło i księżycowy ser
    (takie �od wewnątrz złotawe�
    co niesłusznie nazywają złotym)
    w seledynowym sklepie spożywczym
    wybieram cztery połyskliwe
    i dwie chropawe ogorzałe bułki

    (znowu nie złote!
                                      - jestem po dwakroć oszczędna
                           &nbspzłotem szafuję niechętnie)

    wracam wzdłuż rozbryzgującego strumienia
    między poskręcanymi strużkami wody
    kamienną kotliną pnę się w górę
    tam gdzie rośnie coraz wyższa i jaśniejsza
    przeszklona weranda
    aż ją mam ogromną spiętrzoną nade mną.
    W kuchni smaruję bułki masłem
    (tamte połyskliwe są dla babki
    i mojego braciszka który zawsze jest przy mnie)
    potem - sprężysta rozpryskująca się struga
                                     
                                                              z nadciętego worka
    wreszcie
               - rojące się
                            coraz drobniejsze
                                      niezliczone pęcherzyki mleka

    (światło barw
               - osobne osobliwe światła każdej z barw!)

    czyli to co po dwakroć
                            po czterykroć
                                      każdego dnia lubię widzieć najnajbardziej.
                                 Opalizujące. Schnące po brzegach.
    I znowu rojące się, kipiące.
    Tęczujące niebieskawolila...
                                      zielonawoniebiesko...
                                                     różowawo...
                                                                     różowo.
    Zawisające nad ogniem.
    Wielkimi lepkimi gronami
    kapiące na kotlinę.



Powietrze tu zupełnie przezroczyste, A. Falkiewicz

23 marca 2011

21 marca 2011

Sztuczność bije z wielu stron,
tych poprzecznych i podłużnych,
niczym jak w tunelu, bez wyjścia.

Miny, gesty, słowa wychodzą z ram,
jak postaci bez siły przebicia,
straszą swoją obojętnością.

Szukaj czegoś głębiej mówisz,
poza tunelami i postaciami.
Szukaj ukrytego umysłu, który tym rządzi,

każdego dnia.

19 marca 2011