które pamięta się do końca swoich dni.
Był więc taki wierszyk,
który opowiadał mi Dziadek swym jakże ciepłym barytonem:
Był raz sobie krasnoludek
taki mały jak szpileczka,
miał swój domek i ogródek
w głębi lasu, na listeczku.
Kwiatek mu za czapkę służył,
na dwóch słomkach spał wygodnie.
Jadł tak samo, niezbyt dużo:
jeden orzech trzy tygodnie.
Kiedyś zaprzągł swą furmankę;
zamiast koni były mrówki
i pojechał na polankę,
gdzie podobno są borówki.
Nagle wstrzymał mrówki swoje,
zanim przebył kroków kilka.
Patrzy: jakaś góra stoi!
A to była noga WILKA! .
-ZJEM CIE !!! - zabrzmiał głos straszliwy-
SIĄDŹ MI ZARAZ NA JĘZYKU!
Krasnoludek, ledwie żywy,
wyszedł z bryczki swej bez krzyku.
-Panie wilku, bardzo proszę,
może jednak się zlitujesz?
Jestem przecież taki mały,
że mnie nawet nie poczujesz...
Wilk pomyślał, machnął łapą,
Ziewnął, spojrzał trochę krzywo.
-ŻAL MI CIEBIE, MAŁY GAPO.
WIĘC UCIEKAJ, TYLKO ŻYWO!
Potem parę dni minęło,
krasnoludek właśnie drzemał,
aż tu raptem coś ryknęło,
aż zadrżała w koło ziemia.
Co się stało? To wilczysko
w zastawione wpadło wnyki.
Krasnoludek już jest blisko,
choć go straszą głośne ryki.
-Panie wilku! Nie rycz, proszę,
poleż chwilę tu spokojnie,
a ja zaraz miecz przyniosę
i z tych sideł cie uwolnię.
Wilk ślepiami wciąż przewraca,
jest z wściekłości ledwie żywy.
A tu krasnoludek wraca
niosąc wielki miecz z pokrzywy.
Poprzecinał więzy mieczem,
trzy godziny się mordował.
Malusieńki ten człowieczek
wielka wdzięczność w sercu chował.
I choć cztery lata blisko
już minęły od tej pory
krasnoludek i wilczysko
ciągle są przyjaźni wzorem.
