26 marca 2011

                           Powietrze tu zupełnie przezroczyste
    w najgłębszej dali jakby lawendowe
    nie, nie mgła
               nie mgła!
                            - jawne na przestrzał:
    fioletowawy lekki przejrzysty kolor.
    Osobno widzi się każdziutki
                                      szlifowany ostro
                                                              kryształ gór
    osobno - kolejne wyiskrzone ich pasma
    te ostatnie jak usypane z grudek soli
    lub błyszczącego cukru.
    Tuż za plecami - jezioro z białą wyspą.
    Po lśniącym lustrze wody
    sunie zawsze łódka z prześwietlonym żaglem
    trójkątny żagielek prześwituje różowo
    jak palce przyłożone do żarówki
    i zawsze wisi nad nim mały putto:
                                         pucołowata lekka chmurka.
                            Na szafirowo-szarym tle jeziora -
    jasny, obrysowany słońcem dom na wzgórzu
                                         w którym mieszkam.
    Bardzo go lubię, a szczególnie lubię kuchnię
    ma szklistoperłowe opalizujące kafle
                                      godzinami mogę w nie patrzeć
    albo we wodę mrugającą w potrąconym wiadrze
                            w której widuje się na raz wszystkie zobaczone...
                                      to znaczy... zo ba czo ne...
       kiedyś zobaczone i zapamiętane rzeczy.
    Bardzo też lubię w naszej kuchni
    białe mleko wyciskane z biało-turkusowej folii
    jego srebrzystą strugę tryskającą w garnek
    potem - tęczujące drobne perełki
    których wciąż i wciąż
                               wciąż przybywa, gdy mleko się gotuje.
                            Budzi mnie rano pierwsze jasno dnia
    (nigdy w nocy nie zasłaniam okien)
    tą ciemniejszą połową jeszcze jestem we śnie
    choć widzę już świat - jego nową różową obecność
    raźne cieliste świtanie przez zamknięte powieki.
    Co dnia ten sam zawsze nowy dramat
    kiedy je otwieram:
    nagłe rozcięcie zasłony
                                      - nieodparta jawność.
    Chwytam ubranie leżące przy łóżku
    zbiegam między darnią po żwirowej ścieżce
    kamienną ostrogą wbiegam w jezioro
    skaczę -
                                  - i miękko przebijam sobą masyw gór
                            iskrzący cukier błyski soli.
    Na mokre ciało wdziewam bluzkę majtki spodnie
    i gumowymi podeszwami klapek
    zsuwam się do malutkiej mleczarni w dole
    ostrożnie stąpam po nawisłych skałkach
        poprzerastanych iskrami miki
               pożłobionych szmaragdowymi pasemkami mchu.
    W już wielkiej mleczarni biorę mleko
    kupuję księżycowe masło i księżycowy ser
    (takie �od wewnątrz złotawe�
    co niesłusznie nazywają złotym)
    w seledynowym sklepie spożywczym
    wybieram cztery połyskliwe
    i dwie chropawe ogorzałe bułki

    (znowu nie złote!
                                      - jestem po dwakroć oszczędna
                           &nbspzłotem szafuję niechętnie)

    wracam wzdłuż rozbryzgującego strumienia
    między poskręcanymi strużkami wody
    kamienną kotliną pnę się w górę
    tam gdzie rośnie coraz wyższa i jaśniejsza
    przeszklona weranda
    aż ją mam ogromną spiętrzoną nade mną.
    W kuchni smaruję bułki masłem
    (tamte połyskliwe są dla babki
    i mojego braciszka który zawsze jest przy mnie)
    potem - sprężysta rozpryskująca się struga
                                     
                                                              z nadciętego worka
    wreszcie
               - rojące się
                            coraz drobniejsze
                                      niezliczone pęcherzyki mleka

    (światło barw
               - osobne osobliwe światła każdej z barw!)

    czyli to co po dwakroć
                            po czterykroć
                                      każdego dnia lubię widzieć najnajbardziej.
                                 Opalizujące. Schnące po brzegach.
    I znowu rojące się, kipiące.
    Tęczujące niebieskawolila...
                                      zielonawoniebiesko...
                                                     różowawo...
                                                                     różowo.
    Zawisające nad ogniem.
    Wielkimi lepkimi gronami
    kapiące na kotlinę.



Powietrze tu zupełnie przezroczyste, A. Falkiewicz